Artykuły » Cuda i Łaski Boże - nr 11/71 listopad 2009 » Odszedł po nagrodę

 

Odszedł po nagrodę
 
Ksiądz Stanisław Kowalik przez 23 lata był proboszczem w Łętowni koło Jordanowa, potem penitencjarzem w myślenickim kościele Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Wiele dusz pojednał z Bogiem, wiele odprowadził na cmentarz. Umieranie swojego ojca Józefa na zawsze zachował we wdzięcznej pamięci.
  Ks. Stanisław Kowalik
Fot. arch.

    Józef żył w trudnych, powojennych czasach, na podhalańskiej wsi. Miał żonę, czworo dzieci. Zajmował się polem i gospodarstwem. Nie ukończył żadnych szkół, bo przed wojną nie starczyło na to pieniędzy, ale życie nauczyło go radzić sobie z niejedną biedą. Umiał naprawiać zegary, robić buty, naprawić każdą maszynę.
Życie z Bogiem
    Do parafialnego kościoła Kowalikowie mieli osiem kilometrów. Jeśli w niedzielę zostawali w domu, wraz z dziećmi klękali w południe i odmawiali pacierz. Wówczas ojciec tłumaczył dzieciom, że teraz w kościele jest Podniesienie, czyli najważniejsza część Mszy świętej i trzeba pokłonić się Panu Jezusowi. Razem z żoną Wiktorią żyli pobożnie, wychowywali dzieci religijnie, kochali Boga i Jego przykazania. Mijały lata.
Choroba

    Pewnego dnia 1959 roku pięćdzieciosiedmioletni Józef poczuł się bardzo słabo. Kaszlał i miał trudności w oddychaniu. Myślał, że to objawy związane z chorobą serca. W powiatowym miasteczku, w szpitalu, przez trzy tygodnie badano go i leczono. Żadne lekarstwa nie przynosiły jednak poprawy. Wreszcie ordynator wezwał rodzinę i powiedział otwarcie: "to nie serce, tylko szybko postępujący rak płuc. Proszę go wziąć do domu, niech spokojnie umrze. Zostały mu tylko trzy dni". 

   Ta wiadomość, jak grom z jasnego nieba, zaskoczyła i pogrążyła w smutku całą rodzinę. Tylko Józef był spokojny. Radosny i uśmiechnięty opuszczał szpitalną salę żegnając się z pozostającymi pacjentami słowami: "dzieci, gdybym jeszcze czasem wyzdrowiał, to bym się już niczym w życiu nie zajmował, tylko bym się modlił, pacierze mówił i o życiu wiecznym rozmyślał. Ale ja wiem, że wkrótce umrę".

Niezwykłe widzenie
    
 
Józef Kowalik
Fot. arch.

Mimo całej jego pobożności, słowa te i postawa zaskoczyły rodzinę. Zapytali więc leżących na sali chorych, co miały one oznaczać. Jeden z pacjentów odpowiedział wówczas, że Józef miał widzenie, czy we śnie czy na jawie, nikt nie wie, o którym im opowiedział. Widział dziwną jasność i światło, które go zapraszało. Był szczęśliwy i szedł do tego światła. Jak długo to widzenie trwało - nie wiedzieli, ale skutek był taki, że całkowicie go ono odmieniło. Pan Józef zobojętniał na wszelkie rzeczy doczesne, był radosny, nie wypuszczał z ręki różańca i czekał spokojnie na śmierć. Chętnie pojechał do domu, aby udzielić błogosławieństwa dzieciom i rodzinie, pożegnać się z tym, co kochał. Mimo że rak niszczył płuca i utrudniał oddychanie, że cierpiał dusząc się, bywały chwile spokojne, kiedy wspominał piękną jasność i był szczęśliwy, kiedy o niej mówił. Cała rodzina zebrała się przy jego łóżku. Zdążyły dotrzeć mieszkające daleko dorosłe już dzieci. Zanim Józef udzielił im ojcowskiego błogosławieństwa, powiedział: "szanujcie się i kochajcie, żyjcie zgodnie i dużo się módlcie, bo ja już od was odchodzę po nagrodę do Pana Jezusa. Widziałem piękne światło, ku któremu idę szczęśliwy".

Ostatnie chwile

    Rodzina kolejno podchodziła do chorego, a on kładł wyciągnięte ręce każdemu na głowie, chwilę się modlił i nad każdym czynił znak krzyża świętego. Całowali jego ręce, łzy ciekły po policzkach. 28 maja był trzecim dniem pobytu Józefa w domu. Był to czwartek Bożego Ciała. Chory leżał spokojnie trzymając w jednej ręce różaniec, a w drugiej krzyżyk z Panem Jezusem, który co chwilę całował. Duszności dziwnie ustały. Modlił się. Kiedy jeden z synów próbował robić mu zdjęcia, powiedział: "nie rób zdjęć; gdy umrę to zrobisz. Weźcie wodę święconą i kropcie wkoło, bo jak człowiek umiera, to wtedy najbardziej człowieka kusi szatan". Podniósł potem oczy, powiódł nimi po najbliższych: żonie, bracie, siostrze i dzieciach, popatrzył na wiszące na ścianach obrazy i spokojnie, z uśmiechem na ustach zasnął. 

   I poszedł Józef na spotkanie ze Światłem, które tydzień wcześniej widział. Na jego twarzy pozostał błogi uśmiech, aż nałożono wieko trumny. Ukochał Boga i Jego przykazania, więc umarł zjednoczony z Bogiem i czeka na zmartwychwstanie. 

    gk, mp