Artykuły » Cuda i Łaski Boże - nr 11/71 listopad 2009 » Pod okiem Gietrzwałdzkiej Pani

 

Pod okiem Gietrzwałdzkiej Pani
 
Stowarzyszenie Hospicjum Królowej Apostołów w Mławie zostało powołane w 2003 r. "Celem działania organizacji jest niesienie opieki medycznej, duchowej, psychologicznej, specjalnej i wszelkiej innej osobom dorosłym oraz dzieciom w terminalnej fazie choroby nowotworowej, wspieranie rodzin osób chorych i osieroconych, integrowanie osób gotowych nieść pomoc chorym, ich rodzinom i osieroconym oraz głoszenie idei hospicjum".
    
 
Aniela Adamska-Zalewska z siostrą Bożenką (z prawej)
Fot. arch. dom. A. Adamskiej-Zalewskiej

Tyle mówi statut. Za każdym z tych urzędowych określeń stoją prawdziwe czyny, serce, modlitwa i ogromna wiara. Prezesem Hospicjum do dziś pozostaje Aniela Adamska-Zalewska. Kiedy w maju 2003 r. zamieszczała ogłoszenia w parafialnych kościołach i prasie o naborze wolontariuszy, musiała odpowiedzieć na dziesiątki pytań rozmówców. Nie znała odpowiedzi na wiele z nich, nie wiedziała, jak to będzie, nie miała pomieszczenia, nie było pieniędzy i nikogo prócz niej. Ale był zachwyt nad taką właśnie formą służby człowiekowi, było powołanie silniejsze niż strach, była jakaś siła, która napędzała motywację i dawała moc do działania. W najśmielszych przypuszczeniach nie wyobrażała sobie wtedy, że dzieło rozwinie się do takich rozmiarów i obejmie tak szeroką działalność. Przez pierwsze dziesięć miesięcy podobni do niej żarliwcy przechodzili formację duchową i wolontaryjną. Przygotowywali się do pierwszego zgłoszenia chorego, które nastąpiło w Międzynarodowy Dzień Chorego tj. 11 lutego. Fundatorką Stowarzyszenia jest Matka Boża Gietrzwałdzka, za przyczyną której doświadczyli wśród podopiecznych dwóch cudownych uzdrowień. To Ona była nauczycielką, jak towarzyszyć w najtrudniejszych momentach umierania, bólu i rozłąki. Pierwszą chorą osobą, która doświadczyła cudu Matki Boskiej Gietrzałdzkiej była rodzona siostra pani Anieli.

Bożenka

    Aniela Adamska-Zalewska wspomina: - Przez prawie dwadzieścia lat Bożenka chorowała na bardzo agresywne i okrutne stwardnienie rozsiane. Przez ostatnie pięć lat nie mówiła, nie poruszała żadną częścią ciała, a pokarm otrzymywała przez sondę. Żywe były tylko jej przepiękne, chabrowe oczy. Kiedy w 2002 r. powiadomiono mnie, że trzeba się śpieszyć do szpitala, bo Bożenka jest już w agonii, pojechałam do niej z ogromnym bólem. Bałam się zobaczyć jej odchodzenie, bałam się rozpaczy mamy i własnej... Jeszcze wtedy nie wiedziałam, co to śmierć, beznadzieja choroby. Nie wiedziałam, że chorzy staną się moim życiem. Do Bożenki do szpitala już nikt z mojej rodziny nie był w stanie wówczas przyjść. Mama nie była w stanie patrzeć na nią. Siostra - z powodu wyczerpania psychicznego w czasie opieki nad nią - miała zapaść. Byłam tylko ja. Lekarze też już właściwie nie wchodzili do jej pokoju. Czekano na śmierć. Poszłam do sklepu obejrzeć materiał na sukienkę do trumny. Nie chciałam wracać do domu do mamy, aby nie usłyszeć pytania: "co u Bożenki?". 

   Siedziałam przy łóżku mojej siostry i nieustannie modliłam się. W pewnej chwili przypomniało mi się płócienko i woda z Gietrzwałdu, które nie tak dawno zostawiłam Bożence w domu przy jej łóżku. Porwałam kożuch i biegłam całą drogę do domu przez prawie trzy kilometry po zaspach i śniegu. Wpadłam do domu i zaczęłam wszystko wywracać w poszukiwaniu. Nigdzie nie mogłam znaleźć. Zaczęłam płakać i prosić Matkę Bożą, żeby mi wskazała miejsce. Wtedy jakoś znalazłam się w kuchni przy kredensie, gdzie wśród różnych narzędzi leżała mała paczuszka z buteleczką wody ze źródełka, płócienko i obrazek Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Miałam wrażenie, że liczą się sekundy. Wszystko trwało bardzo krótko i znów siedziałam cała spocona w szpitalu obok Bożenki i mówiłam do niej, choć była nieprzytomna, że zaraz wszystko będzie dobrze. Położyłam płócienko na jej sercu i namaściłam ją znakiem krzyża wodą ze źródełka. Nie czułam upływającego czasu, nic nie słyszałam, modliłam się na głos tak żarliwie, jak nigdy dotąd. I nagle wieczorem Bożenka otworzyła oczy - te przecudne, chabrowe, ogromne oczy! Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Chciała pić! 

   Wróciłam na noc do domu, powiedziałam mamie o wszystkim, a ona cichutko płakała ze szczęścia i wdzięczności. Bożenka była z nami jeszcze cztery lata. Zmarła w opinii świętości 9 marca 2006 r. w drodze na oddział szpitalny. Mowa pożegnalna wygłoszona przez księdza dziekana, który od lat przynosił jej Pana Jezusa, namaszczał olejami, rozmawiał, kiedy jeszcze mogła mówić, potwierdziła opinię wszystkich, którzy ją znali. Zawsze była uśmiechnięta, nigdy nie narzekała, nie żaliła się na los. Tak bardzo lubiła się śmiać, żartować. Cierpiała nieludzko, ale nigdy się nie skarżyła. W dniu jej śmierci, kiedy moja twarz przez cały dzień miała pąsowe wypieki, kiedy na klatce piersiowej spoczęły jakby tony ciężaru, kiedy chwilami nie mogłam utrzymać niczego w ręku, kiedy nagle nie mogłam opanować dygotania - nagle po zmierzchu tak zachciało mi się spać, że nie bacząc na cokolwiek, położyłam głowę na biurku. Zapadłam w dziwny stan - jakby w letarg.

Sen?

    Niby spałam, a wszystko słyszałam, tylko nie mogłam się poruszyć. Wtedy weszła Bożenka. Nie widziałam jej twarzy, ale biła od niej niesamowita jasność, taka świetlista biel, uśmiechała się, nic nie mówiła, przez ułamek sekundy była obok mnie, aby mi przekazać, że jest szczęśliwa. 

   Bożenka żyła cichutko w swym cierpieniu w małym miasteczku w pokoiku, do którego zaglądał stuletni dąb. Świat o niej nie wiedział, a to była pokorna służebnica Pana, wybranka samego Chrystusa, moja siostra, moja Bożenka. 

   Po pogrzebie Bożenki zostałam przez tydzień z mamą, nie wiedziałam, jak to będzie. A było po prostu zwyczajnie, choć już inaczej. Ani mama, ani ja nie rozpaczałyśmy. Wspominałyśmy Bożenkę, razem odmawiałyśmy Różaniec i Koronkę w jej intencji. I tak pozostało do dziś. Często odczuwam wielką tęsknotę za Bożenką. Kiedy jestem u mamy, idę do pokoju Bożenki, w którym zatrzymał się czas. Widzę Jej piękną twarz, w której kiedyś ujrzałam Chrystusa... 

    gk, mp